Tym razem będzie o spełnionej miłości. Nie wprost, bo wprost to można mówić o zakochaniu. Miłość to coś poważniejszego, a zarazem trudniej uchwytnego. Ukrywa się pod tysiącem codziennych, pozornie nieznaczących szczegółów. Poprowadzę Was słowem i obrazem przez siedem dni spędzonych w Colli Euganei…
Jest to drugi z cyklu tekstów „Nad wodami Lety”. Colli Euganei to prawie sześćdziesiąt wzgórz, z których najwyższe ma 601 m n.p.m., a wszystkie powstały dawno, dawno temu wskutek wygaśnięcia wulkanów… Położone na północy kraju, stanowią swoistą małą Italię, w której znajdziemy wszystko, co włoskie: krajobraz, architekturę, dziedzictwo, ekologiczne produkty, dolce vita i uśmiechniętych mieszkańców. Zapraszam do wspólnej wycieczki!
Dzień pierwszy
Wizyta w opactwie benedyktynów w Praghli. Wystawa zdjęć ukazujących pracę mnichów. Codzienność w laboratorium, przy wyrobie naturalnych leków, zbieraniu winogron i produkcji wina…
Dzień drugi
Spacer po urokliwych uliczkach Teolo…
Dzień trzeci
Arqua Petrarca. Kawa i pizza 50 metrów od Casa Petrarca – domu, w którym Poeta spędził ostatnie lata życia. Kamienne uliczki, po których nosił brzemienne pięknem myśli, krajobrazy, wśród których zbierał swe ostatnie natchnienia. Tu prosta tumba z różowego marmuru przed wiejskim kościółkiem – miejsce wiecznego spoczynku tego, który nosił złoty laur na skroniach. Za każdym rogiem nowy zachwyt pięknem. Doskonała symbioza krajobrazu i zabudowy. Zresztą jak wszędzie we Włoszech. Nawet jeżeli jeden na sto trafi się jakiś brzydki budynek, to ginie w natłoku tych estetycznych. Nieopisana rozkosz dla oka postkomunistycznego nomada, wychowanego w Krakowie, gdzie 90 procent zabudowy to tak zwana architektura deweloperska… (proszę mi wybaczyć ten niezbyt rozkoszny wtręt!).
Dzień czwarty
Rodzinę zawiozłem do znajomych, a sam pojechałem do Padwy, gdzie miałem oprowadzić grupę. Za 100 euro wyczekałem się w zimnie (tak, było zimno!), a potem próbowałem coś przekazać gimnazjalistom, którzy w jeden dzień mieli do objechania Rimini, Padwę i Sirmione! Czekając na grupę siedziałem pod arkadami przy via Belludi, racząc się się briochem z kawą, a na deser… aperolem z prosecco (tak, dolce vita zaczyna się we Włoszech już o poranku!).
Codziennie
O poranku otwieramy okiennice. Wpuszczamy pierwsze promienie słońca, a do naszych uszu dolatują dźwięki kościelnego dzwonu… Wielką rzewność budzi w moim sercu ten dzwon, regularnie przypominający o Lokatorze, zamieszkującym w ukryciu pod dzwonnicą, przypominający o wieczności, o sądzie Bożym, o tym wszystkim, o czym chcą zapomnieć mieszkańcy wielkich miast, utyskujący na ostatnie działające w ich okolicach dzwonnice… 😉
Dzień piąty
Spokojny dzień. Kupiliśmy w Treponti świeże owoce morza na kolację, po czym pojechaliśmy w górę szukać wina. Trafiliśmy do miejscowego gospodarza, prowadzącego winnicę. Dał nam spróbować wina białego (prosecco) i czerwonego (cabernet). Nalał z takim rozmachem, że i podłoga skosztowała napoju bogów z wulkanicznej gleby Wzgórz Euganejskich. Spodziewałem się, że degustacja będzie taka jak w Polsce: kapka alkoholu na dno kieliszka, a tymczasem dostaliśmy po dwie pełne szklanki. Kupiliśmy trzy litry, przy czym czułem się z tym trochę nieswojo, widząc jak jegomość przed nami wyjeżdża z baniakiem… 40-litrowym 😉 Po wypiciu drugiej szklanki oraz dokończeniu po żonie, zażartowałem do miejscowych – jak ja teraz wsiądę do samochodu. Jeden z nich wykonał charakterystyczny włoski gest, machając nonszalancko otwartą dłonią pod brodą, co, jak się domyśliłem, oznaczało: „olej to”. Co kraj, to obyczaj! Zjechaliśmy serpentynami przez Colli Euganei, by dostać się do miejscowości Bresseo na kawę i rogaliki. Położyłem briocha z czekoladą na talerzyku i chwycił go mój (roczny wówczas) syn. Po chwili briocha już nie było.
Dzień szósty
Leniwy deszczowy dzień. Wstaliśmy późno i zjedliśmy śniadanie (bagietki solidnie nasączone oliwą i obficie obłożone prosciutto San Daniele). Deszcz trochę zelżał, postanowiliśmy przejechać się do Abano i Montegrotto. Odwiedziliśmy katedrę w tej drugiej miejscowości, przekonując się, że brzydota jednak występuje we Włoszech i to w wydaniu sakralnym! Z przyjemnością wróciliśmy na nasze wioski – na kawę, ciastka i aperol spritz.
Kontynuujemy leniwy dzień w domu. Zjedliśmy obiad. Ja piszę i snuję przemyślenia, dziecko śpi, żona maluje obrazek. Potem spacer i zdjęcia naszej miejscowości – Villa. Snułem marzenia o tym, że kupimy kiedyś domek w Colli Euganei, gdzie z jednej strony będzie nasza willa z ogrodem i widokiem na wzgórza, z drugiej restauracja albo sklepik z lokalnymi produktami, może nawet winnica…
Ale o tym pisałem w swoim wierszu Marzenie o Colli Euganei.
Przemyślenia
Kościelny dzwon wybija północ.
Cały czas myślę, co mógłbym robić we Włoszech… Poznałem wielu emigrantów i wiem, że to nie jest droga dla mnie… To, czego pragnę, to wolność przemieszczania się. Swoboda przebywania w pięknych miejscach i bycia obywatelem świata. Nie zaś przywiązanie do miejsca, nawet pięknego.
Nie wyobrażam sobie powrotu stąd. Z miejsca, gdzie mieszkamy, na wsi, słuchając co dzień dzwonów, ptaków i cykad (tu akurat licentia poetica, bo w maju jeszcze nie było ich słychać) do bloku w przeludnionym i zagonionym Krakowie; z miejsca, gdzie w (niemalże!) zabitych dechami wiochach nie ma brzydkiego domu, a na każdej ulicy jest nawet kilka przyjemnych lokali, w których można wypić dobrą kawę za 1 euro, zjeść pyszne ciastka, pizzę, lokalne specjały i napić się niedrogo dobrego wina, do miejsca, gdzie wszystko rozwija się odśrodkowo, znośne lokale są jedynie w centrach dużych miast, gdzie kawałek od centrum nic się nie dzieje, a kawałek od miasta – nic do potęgi n-tej; z miejsca, gdzie ludzie pozdrawiają się i śmieją się do siebie bezinteresownie, są uprzejmi, puszczają się w kolejce, jeżeli ktoś ma mniej zakupów, odbywają niezobowiązujące rozmowy, pomagają sobie, do wielkiego miasta, w którym nikogo nie dziwi wrogość na ulicach, gdzie wystarczy wyjść z domu – czy, nie daj Boże, wyjechać samochodem – żeby zostać zwyzywanym, strąbionym, zestrofowanym, zmierzonym nieprzyjaznym spojrzeniem…
Wybaczcie (jeszcze raz!), ale takie myśli towarzyszyły mi, gdy myślałem o powrocie. Zapewne jest w nich pewna przesada i wybiórczość, ale oddają one mój ówczesny stan ducha, więc nie dokonuję cenzury… 😉
Dzień siódmy
Znowu wycieczka po Colli Euganei. Przystanek przy restauracji, wokół której wszędzie rosną dorodne czerwone róże, a po drugiej stronie rozciągają się na wzgórzu sady czereśniowe. Kupiliśmy wino w agroturystyce (1,40 euro za litr – lepsze niż w poprzedniej), cabernet sauvignon. Spacerując po Teolo zobaczyliśmy oznakowanie na oratorio San Antonio. Poszliśmy. Po przejściu kawałka z wózkiem pod górę dowiedzieliśmy się od kierowcy przejeżdżającego pickupa, że oratorio jest molto lontano. Zatrzymaliśmy się na krótki odpoczynek przy rzędach winorośli, pod którymi rozciągał się widok na wzgórza. Zostawiliśmy wózek pod drzewem i poszliśmy dalej. Po jakimś czasie trafiliśmy do malutkiego kamiennego kościółka, chyba św. Antoniego Wielkiego (o ile to było to, na co było oznakowanie). Powędrowaliśmy jeszcze kawałek przez las, wspinając się po wzgórzu. Nie znalazłszy innego oratorio, zawróciliśmy…
No ale gdzie to szczęście…?
Tak wyglądał nasz zwyczajny tydzień wśród Wzgórz Euganejskich, na północy Italii, w prowincji Padwa. Opisałem miejsca, widoki, przekąski… ale gdzie to tytułowe szczęście? – zapytacie.
Odpowiedź w moim odczuciu zawiera się już w pierwszym zdjęciu. Widać na nim kilka elementów składających się na idealny włoski styl życia. Na pierwszym planie rzędy winorośli, a spośród nich wyłaniający się krajobraz całorocznej zieleni i kamiennych domów – stanowiących rezydencje dostatnio żyjącej klasy średniej. Rodzinne biznesy, do których zachodzą nawzajem mieszkańcy, a turyści (nieliczni w tym miejscu!) odnajdują niepowtarzalny lokalny koloryt. Może dla kogoś to mało – ale dla mnie, odkąd pokochałem to niezwykłe i mało znane miejsce, to w sam raz, żeby mówić o szczęściu. Ukrytym w spokojnym, niepozornym biegu północnowłoskiej codzienności. W Colli Euganei.
Zapraszam do lektury poprzedniego tekstu z cyklu – Nad wodami Lety: Duch północnych Włoch.
Tyle jest rodzajów sielskości, tyle wiejskich pejzaży w różnych częściach świata, a każda ma coś wspólnego: Miłych ludzi, romantyczne budynki zbudowane z fantazją, urozmaiconą przestrzeń i jeszcze coś. Pojawia się myśl, że dobrze by było tu zamieszkać. Na szczęście dzięki zdjęciom mozna wracać do wspomnień i pocieszać się, kiedy nie ma słońca i zieleni. Byłam tylko raz we Włoszech, ale nie przestaję tesknić. Pozdrawiam serdecznie.
Tak, to są faktycznie punkty wspólne, a jednocześnie każdy odnajduje takie “swoje” miejsce często niespodziewanie i w sposób niekoniecznie oczywisty… W samych Włoszech jest pewnie wiele obiektywnie piękniejszych miejsc, ale z jakiegoś powodu właśnie to przemówiło do mnie szczególnie mocno swoich duchem i specyfiką… Dziękuję za komentarz, odwzajemniam serdeczne pozdrowienia, no i przede wszystkim życzę rychłego powrotu do Włoch! 🙂
Przeczytałam Twój tekst wczoraj i zanurzyłam sie we wspomnieniach. Pierwsze, co mi przyszło na myśl, to wiersz Adama Mickiewicza “Stepy Akermańskie”:
“Wpłynąłem na suchego przestwór oceanu,
Wóz nurza się w zieloność i jak łódka brodzi,
Śród fali łąk szumiących, śród kwiatów powodzi,
Omijam koralowe ostrowy burzanu.”…
Zanużyłam się w ten sielski i anielski krajobraz, w piękny poetycki tekst. Pospacerowałam po wzgórzach Colli Euganei. Tak realistycznie to opisałeś, że dosłownie tam byłam. Osobiście nie znam tych rejonów, bardziej znana mi jest Toskania, którą w podobny sposób zwiedzałam. Od miasteczka do miasteczka, od winnicy do winnicy. Kiedy zgłodniałam, zatrzymaliśmy się w jakiejś małej miejscowości przy maleńkim sklepiku. Właściciel ukroił nam po grubej, pachnącej pajdzie chleba, położył na niej jeszcze grubszy plaster przepysznej szynki. Dostaliśmy do tego po szklance wina i usiedliśmy przed sklepem. To była prosta, a jednocześnie magiczna chwila. Tak wygląda dolce vita. Obok nas zatrzymała się karetka pogotowia. Wszyscy wysiedli, zamówili to samo, co my. Wypili po szklance czerwonego wina i odjechali. Obserwowaliśmy nielicznych mieszkańców, uśmiechali się do siebie, do nas ,pozdrawiali. Nikt się nigdzie nie spieszył.
Dlatego lubię Włochy, byłam tu kilkanaście razy i ciągle mnie tu ciągnie. Nigdy nie mieszkam w wielkich miastach i wypasionych hotelach. To zawsze jakieś stare, porośnięte dzikim winem domy, ukryte wśród wzgórz i winnic Toskanii.
Pięknie pozbierałeś to szczęście wśród wzgórz!
Pozdrawiam-)
Bardzo się cieszę, że tekst do Ciebie trafił 🙂 Przede wszystkim dziękuję za przywołanie słów Adama! Jego wiersze i poematy towarzyszyły mi na różnych etapach, gdy kształtowała się moja wrażliwość literacka i choć teraz już zapewne tego nie widać, to był on moim literackim guru i bratnią duszą 😉 Jak nikt inny potrafił oddać żywioł przeżycia wewnętrznego ubierając go w opisy całkiem zewnętrzne, jak przywołany przez Ciebie krajobraz Akermanu, czy też bardziej dynamiczny opis żeglugi morskiej, w którym pisał:
“Wyciągam ręce, padam na piersi okrętu,
Zdaje się, że pierś moja do pędu go nagli:
Lekko mi! rzeźwo! lubo! wiem, co to być ptakiem.”
Bardzo lubię Twoje historie przywoływane w komentarzach, z ogromną przyjemnością odkrywam w tych opowiastkach lokalny koloryt i magię przeżywania. Są trochę jak sceny z jakiegoś filmu, w których niby nic się nie dzieje, ktoś siedzi, bierze łyk wina, zamienia słowo z sąsiadem, a jednak w tym wszystkim zawiera się jakaś swoista pełnia życia 😉
Dziękuję za komentarz i polecam wycieczkę na północ Włoch – do Colli Euganei, Padwy, Vicenzy, Bergamo, Bassano, Chioggi i innych urokliwych, a często mniej znanych miejsc! 🙂
Cieszy mnie, że moje komentarze przypadają Ci do gustu.
W czasach liceum należałam do kółka teatralnego i dostałam od reżysera, który to kółko prowadził, przepięknie wydany tomik poezji Adama Mickiewicza. Aktorką nie zostałam, ale poezję nadal uwielbiam czytac.
Rejony o których wspominasz znam, ale tylko z okien samochodu.
Muszę się tam wybrac na dłużej.Toskania jest mi bliższa, bo mieszka tam moja kuzynka. Pamiętam mój pierwszy pobyt u niej.Wyjechałam do niej z Zurichu na motocyklu, prowadził znajomy. Mieszkała wtedy w małej dziurze, kilkanaście domów ukrytych między cyprysami i gajami oliwnymi , do których prowadziła wyboista droga. Dom mieścił się w kościele. Bizantyjskie freski i połamane krzesła zajmowały pół domu. Klucz miał sąsiad, siedział nad ogromną karafką wina i z namaszczeniem je sączył. Kuzynka była w pracy w San Gimigniano.W tym miejscu, w tej wiosce przeżyłam szok. Nigdzie nie było zegarów, nikt nie zrywał się rano do pracy. Kawę piliśmy około południa przy stoliku z widokiem na toskańskie wzgórza. Koty wylegiwały się leniwie na zielonej trawie, była wiosna,kwitły stokrotki i zapamiętałam pole karczochów obok domu.Kuzynka jechała do pracy, jest fotografem. Wracała wieczorem i zaczynała się kolacja. Pasta,czerwone wino i rozmowy do północy.Nikt nie wiedział ,która jest godzina. To było dla mnie coś nieziemskiego. Pobyt tam bardzo mnie zmienił. Kuzynka wyprowadziła się .Ten kościół pochłaniał majątek.Mieszka teraz w innej toskańskiej dziurze i zegarów w domu nadal nie ma.
Znowu się rozpisałam…
Pozdrawiam-)
Rozpisuj się śmiało i bez ograniczeń – wszystko pochłonę! 😀
To, co opisujesz to rzeczywiście jakaś nieziemska sielanka! Brak zegarów, dolce vita całkowicie poza czasem, ale w przestrzeni cyprysowego krajobrazu… To przywodzi mi na myśl inny wiersz (tym razem tłumaczony przez Mickiewicza)…
Znasz-li ten kraj,
Gdzie cytryna dojrzewa,
Pomarańcz blask
Majowe złoci drzewa?
Gdzie wieńcem bluszcz
Ruiny dawne stroi,
Gdzie buja laur
I cyprys cicho stoi?
Czyż to nie pasuje do tej toskańskiej dziury? 😉
Koniecznie musisz zacząć pisać cykl podobnych opowieści! “Obrazki ze świata” albo coś w tym stylu…
“Gdzie zegary stanęły z nadmiaru szczęścia” – tak mogłabyś zatytułować tę opowieść. Może na Ig / Fb byś spróbowała… jedno zdjęcie – jedna opowieść?
Co Ty na to? 🙂
Uwielbiam Italię za jej różnorodność, to faktycznie państwo z szeregiem innych państw, tyle piękna, głębokiego ducha i historii. Marzy mi się taki spokojny sielski wyjazd na włoską prowincję, gdzie czas faktycznie się zatrzymał i usłyszeć można tylko śpiew ptaków i stukot swego serca. Piękna opowieść w słowie i obrazie, jak zawsze.
Niesamowite jest to, że ta głębia ducha i bogactwo kultury spoczywają często w miejscach, w których byśmy się tego nie spodziewali. Niemal każda mała miejscowość naznaczona jest obecnością uznanych twórców i ich dzieł. Sam włoski styl życia ma w sobie coś historycznego – zamożna klasa kupiecka, hołdująca wartościom rodzinnym i przywiązana do swobód gospodarczych, zdaje się do dziś zachowywać dużo ze swego modus vivendi (pomimo przemian społecznych i socjalizmu, który daje się we znaki wysokimi obciążeniami i nasyłaniem na ludzi policji podatkowej). Dziękuję i życzę szybkiego spełnienia marzenia o wakacjach na włoskiej prowincji! A piękne sformułowanie “usłyszeć można tylko śpiew ptaków i stukot swego serca” zapisuję!
Masz ciekawy styl pisania – ten opis wydaje się być bajką, ale taką, jaka moze się wydarzyć w prawdziwym życiu! Okolice cudowne!
Dobrze powiedziane – właśnie tak odbieram te okolice! 🙂 Dziękuję za odwiedziny i komentarz!