Proste historie Twin Peaks

 Powrót do Twin Peaks odziera widza z wszelkich złudzeń. Romantyczna miłość i pełne emfazy przysięgi wiecznej wierności rozpływają się jak mgły nad hotelem Great Northern… Zapraszam do odbycia małej podróży sentymentalnej – dla tych, u których skrót „RR” wywołuje przyspieszoną pracę serca i wyczarowuje w wyobraźni zapach najwspanialszej kawy świata, której nikt nigdy nie pił!

UWAGA! Tekst to jeden wielki spojler. Nie czytaj, jeśli nie jesteś po seansie wszystkich trzech sezonów Twin Peaks. Zresztą w takim wypadku nikt przy zdrowych zmysłach raczej nie dotrwałby do końca… chyba, że z grzeczności 😉

Pod koniec drugiego sezonu poczułem dojmujący smutek. Silniejszy niż zdziwienie na widok Boba/Sobowtóra – smutek, że to wszystko się urwało i po dwudziestu pięciu latach już nic nie będzie takie, jak było…

Pierwsze dwa sezony to wulkan na granicy erupcji. Wulkan młodości, seksu, wiary w dobroć człowieka i w romantyczną miłość. Trzeci sezon przynosi i pogłębia smutek, który odczułem pod koniec odcinka zatytułowanego „Where’s Annie?”. Postacie trzeciego sezonu są marnymi cieniami tych, których losy z bijącym sercem obserwowałem w dwóch pierwszych. Cooper, do którego przywiązaliśmy się najbardziej, jest refleksem samego siebie. Refleks ten pojawia się czasem w jego oczach, gdy snuje się jako „Dougie”, błyska przez chwilę, gdy jedzie z kolegami z mafii do Twin Peaks i przez telefon pyta Lucy, czy kawa nastawiona…

Niesamowita siła tego dzieła tkwi w tym, że przez cały trzeci sezon czekałem tak naprawdę tylko na jedną rzecz. Nie na wyjaśnienie zagadki, nie na poskładanie do kupy wszystkich poplątanych wątków. Ale tylko i wyłącznie na tę jedną scenę: w której Dale choć na chwilę przysiądzie w barze Double R, uśmiechnie się do Normy i wypowie słowa… na które czekałem przez prawie osiemnaście godzin: „It’s a damn good coffee / pie”.

Oczywiście nie doczekałem się! I w zależności od tego, jak rozumiemy ostatnią scenę serialu – być może Agent Specjalny Dale Cooper nie wypowie już nigdy tych słów… I to jest moim zdaniem najbardziej genialne w Twin Peaks. To, że cała ta odjechana w kosmos historia może sprowadzać się do jednego prostego uczucia – smutku; i do dwóch prostych symboli – kawy i placka wiśniowego.

Nie ukrywam, że sam przywiązałem się do agenta Dale’a Coopera. Stał się wręcz moim superego (pisałem o tym w tekście Filozofia Twin Peaks? Kawizm).

Po wszystkich sezonach czuję się przeczołgany przez twórców, ale nie oszukany. Zostaję ze smutkiem, ale nie z niedosytem. I choć niewiele rozumiem patrząc na zakończenie, to czuję, że nie mogło skończyć się inaczej…

It Is Happening Again… Za zdjęcie dziękuję Monice Podolskiej

Co zostało z dawnego wigoru i polotu miasteczka Twin Peaks w stanie Washington?

Rozważna i romantyczna, elektryzująca Audrey Horne, która zawsze dostawała to, czego chce, stała się rozgoryczoną nieszczęśliwą żoną własnego księgowego, szukającą ujścia w romansach. Na dodatek jej syn kryminalista jest dzieckiem złego sobowtóra Coopera. Nie wspominając o tym, że prawdopodobnie Audrey, którą widzimy na ekranie… jest doppelgangerem.

Bobby Briggs wyszedł na prostą, tak jak zapowiadał jego ojciec (zresztą zaginiony przy rozpracowywaniu sprawy „Błękitnej Róży”), ale nie jest już ze swoją żoną, a jego córka wyszła za młodocianego narkomana i żyje w nędzy.

Ben Horne, choć zmienił się i przyzwoita strona jego natury wzięła górę, to został sam i ma na głowie brata-ćpuna, który postradał zmysły. Na dodatek nie pali już cygar i zatracił swój błysk w oku, charakterystyczny dla małomiasteczkowego potentata z widokami na wielkie projekty. Jest zblazowany i do znudzenia porządny.

James Hurley dalej jeździ na Harleyu i wykonuje w Roadhouse dawną piosenkę napisaną razem z Donną i Maddy. Jest sam. O Donnie nic nie słyszymy.

Sarah Palmer rozpiła się, a na dodatek wstąpiło w nią zło gorsze niż Bob, a jej wnętrze jest odbiciem Czarnej Chaty.

I tak dalej. I tak dalej…

Powrót do Twin Peaks odziera widza z wszelkich złudzeń. Romantyczna miłość i pełne emfazy przysięgi wiecznej wierności rozpływają się jak mgły nad hotelem Great Northern… Proces degradacji postępuje jeszcze głębiej. Nie dotyka wyłącznie drugoplanowych postaci, lecz samego serca historii – Agenta Specjalnego Federalnego Biura Śledczego Dale’a Coopera.

Twin Peaks. The Return stanowi totalną dekonstrukcję wszystkiego, do czego twórcy tak bardzo przywiązali swoich widzów przed dwudziestu pięciu laty. Choć nie urodziłem się na tyle wcześnie, żeby doświadczyć tego w czasie rzeczywistym, to jednak mogę śmiało powiedzieć, że duchem przeżyłem to samo…

Smutek po utracie kogoś, kogo nigdy się nie miało.
Ledwie mignął uśmiechem, ledwie napił się kawy i posmakował ciasta.
Nie widziałem nawet, żeby jadł obiad. Cokolwiek innego niż pączki.
A wyniki miał idealne.
Co z tego, jeśli tam, gdzie się udał, bez znaczenia jest obieg krwi.
Stał się latarnią mojej znękanej niedosytem czynu osobowości.
Nigdy nie było ważne, że nie istnieje.
Ale stało ważne i smutne, że odszedł.
Nie wiadomo skąd i dokąd. Sam od siebie.
Zatracił promienny wewnętrznym słońcem uśmiech.
Utracił imię i nie wiadomo, czy kiedykolwiek obudzi się znów – jako on.
Na dźwięk mielonej kawy, dzwonek talerza na blacie…

E-LE-CTRI-CI-TY… bzzt…

Disconnected.

4 thoughts on “Proste historie Twin Peaks”

  1. Bardzo lubiłam ten serial, ten sprzed 25 laty 🙂 muszę do niego wrócić, na pewno inaczej bym go odebrała niż wtedy jako nastolatka. Pamiętam, że momentami budził we mnie strach. No i ścieżka dźwiękowa – magia. Na widok Jamesa Hurley’a dalej mocniej mi bije serce 🙂

    1. James to dla mnie postać świetnie ukazująca napięcie pomiędzy wolnością a swobodą – oczywiście nieodłącznie wpisana w krajobraz Twin Peaks 🙂 Myślę, że każdy, kto kocha TP, ma swoją postać, na myśl o której na sercu robi się ciepło 🙂 Ścieżka dźwiękowa dłuuuugo za mną chodziła i jeszcze wraca w różnych momentach…

      A oglądałaś trzeci sezon?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.